#03.
lipiec 9, 2009
z dni, w których jedynym zajęciem stało się pochłanianie hektolitrów kofeiny przemieszanej z dobranym byle jak pokarmem, zapamiętuję tylko dźwięki lekkich, pustych rozmów zupełnie bez ambicji, bez głębi prowadzonych byle na pierwszym lepszym krawężniku na siłę zapominanych zdarzeń. nie chcę już myśleć, w zawiłych autostradach aort do nikąd prowadzących szukać wspomnień, których nie da się wymazać, i choć udawanie pustych wyobrażeń o przyszłości nie przychodzi wcale łatwo, na niczym innym tak jeszcze nie probowałam się skupić, uwierz, nigdy.
-jak się czujesz?
-rozmyta, zupełnie nie czuję się, odbite w lustrze bezlitosne nikt.
wpycham skrupulatnie niszczone ciało pod zimny strumień otrzeźwienia na pięc sekund. po-chylam-po-cichu, chwilę później bezwiednie zastygam, podziwiam łysy sufit. dotykam dłońmi włosów. moja głowa delikatnie masowana dźwiękami jeszcze nie skojarzonymi, moja głowa lekko płynąca meandrami wyczytywanych słów, moja głowa spokojnie wyciszająca skołatane myśli.
mojej głowy, nie masujesz, mojej głowy wybuchającej co i rusz wspomnieniem, mojej głowy wulgarnie skomlącej o wypranie setek wirujących zeszmaciałych obrazów, nie masujesz, nie chcę mojej głowy, pozbyć się, mojej głowy wyposzczonej z emocji, spluń!, mojej głowy, mojej głowy, mojej głowy tak łatwo było się pozbyć.
sprzedaj, o łaskawco, na to recept.