#04
Lipiec 27, 2009
jeszcze chwilami zdarza ci się odnosić jakże mylne, niestety, wrażenie, że absolutnie wszystko wokół ciebie jest istną farsą, filmem na miarę truman show z tobą w roli głównej, stworzonym z całą paletą złośliwych pułapek, tylko czekających na twoje potknięcie, by widownia, ta z szyderczo wygiętych twarzy złożona, mogła mieć uciechę z kolejnego sad endu.
zapamiętaj to, pamiętam, prawie tak jak w filmach;
to nie był film, a szkoda.
każdego dnia, o każdej jego porze przyłapujesz się na mimowolnym skurczu komórek szarych, prowadzącym do zakłóceń w odróżnianiu tego, co realne, tego co przeszłe, co przyszłe, co teraźniejsze i co najgorsze – tego, co zakłamane, ukryte przed tobą w scenariuszach pisanych przez każdą [nie]znaną ci personę, po kryjomu, za twoimi plecami szydząc ze słabych punktów osoby najbardziej tobie bliskiej.
ciągle widzisz to w snach, te same sceny pozornie piękne, sceny lekkie, sceny nadzieją napawające, otwórz oczy, nic już nie ma, otwórz oczy, zapomnij, otwórz oczy, zatrzaśnij duszę.
to nie był film
upadek wartości piramidalnie budowanych był niewyobrażalnie szybki, sama nie do końca zdajesz sobie sprawę z tego, że już po wszystkim, że nie ma już nic, co w pojedynkę można uratować.
przyłapujesz się na ważeniu słów przyjaciół, poddawaniu ich wiarygodności bezlitosnym osądom, skamlesz i bijesz się w pierś, wstydząc się braku wiary, braku zaufania – cokolwiek to jeszcze, dla nas – ludzi, znaczy.
to nie twoja wina, słyszysz codziennie, karmiona bzdurami o szczerości (ironio!) zatraciłaś samą siebie, tworząc świat na gówno wartej prawdzie oparty, świat krystalicznie czysty wprost błagający o to, by zbryzgać go zawiścią. uwierz, to nie ty, ecce homo, nie ma się czym chwalić.
wbij sobie to do głowy, masz czyste sumienie, kochanie.